środa, 22 listopada 2017
Jesteś tutaj: Start Artykuły W kraju fety i oliwek - Elafonisi i Chania (6)
Reklama
W kraju fety i oliwek - Elafonisi i Chania (6) PDF Drukuj Email
wtorek, 22 października 2013 14:08

Biorąc pod uwagę fakt, że w mieszkaniu w Iraklionie „przeżywamy katusze” (o ile w ogóle można użyć tego stwierdzenia, będąc na Krecie) z powodu braku klimatyzacji, noc w chłodnym pokoju jednego z uroczych hosteli Paleochory była idealnym zwieńczeniem kolejnego dnia naszej wycieczki.

Rankiem obudziły nas czułe słowa Pauliny: „Skarby, czas wstawać, Elafonisi czeka!”. Ta maleńka wysepka znana jest ze swojego różowego piasku, który niewątpliwie przyczynił się do wpisania jej na listę Natura 2000. Już przed przyjazdem na Kretę obiecałam sobie, że odwiedzę to miejsce. Mimo tłumów, złoto-różowa plaża wciąż robi wrażenie zarówno na przyjezdnych, jak i na Grekach. Jest jednym z tych miejsc, które oglądane na zdjęciach podczas zimowych, mroźnych nocy, przypominają, za co kochamy lato.

Mimo imponującej szerokości, znalezienie na Elafonisi miejsca dla trzech ręczników niemal graniczy z cudem. Aby to zrobić, decydujemy się w końcu… przeprawić przez morze! W dosłownym tego słowa znaczeniu. Wysepka podzielona jest na części. Aby dostać się z jednej na drugą, trzeba pokonać kilkanaście metrów, mocząc się przy tym w kryształowo-błękitnej wodzie. Nasze torebki – jak na te prawdziwe kobiece przystało – wypełnione są po brzegi. Zupełnie nie uśmiecha się nam jedzenie mokrych kanapek, doprawionych solą morską. Paulina (warto podkreślić, że najniższa z nas) jako pierwsza rusza w stronę drugiego brzegu. Jeśli ona się nie utopi, my też pójdziemy, przedstawiam moje praktyczne rozwiązanie Magdzie. Niczym nimfy – z tym, że nie z dzbanami, a z torbami na głowie – z gracją stawiamy kolejne kroki. Paulina się nie utopiła. I kanapek z solą morską też nie spróbujemy. Dobry początek plażowania.

Jest tak pięknie, że znowu mamy dylemat: kąpiel, opalanie, fotografowanie… Łapczywie chwytamy każdy moment, jakby za chwilę wszystko miało się skończyć. Jakby cały ten krajobraz był tylko malunkiem na płótnie, który ktoś zwinie w rulon i schowa do pokrowca. Widok morza jest jednym z tych, na które można patrzeć bez końca.

I niebo. One wymieniają się między sobą odcieniami błękitu. Obserwując to drugie, niektórzy rezygnują nawet z ręcznika, kładąc się bezpośrednio na piachu i opierając głowy na niskich wydmach w kolorze bladego beżu. My pozostajemy przy tradycyjnym sposobie leniuchowania. Po kilku godzinach odczuwamy jego efekty. Z racji, iż miejsce, na którym leżymy z każdej strony otoczone jest morzem, nasze ręczniki, a nawet torebki i ubrania szybko stają się wilgotne. Ba! Sączy się z nich woda, a sól barwi materiał na biało. Kiedy

wszystko wysycha, tkaniny twardnieją do tego stopnia, że można je niemal złamać. Jedyne, do czego się teraz nadają to… pranie.

Mija kolejny dzień spędzony na słońcu (niby rutyna, a wcale nam się nie nudzi!). Zbieramy się jeszcze na długo przed zachodem. Na wieczór planujemy być w Chanii, a jeżdżenie po zmroku i zgrabne omijanie sypiących się nam nad głowami kamieni jest czymś, czego zdecydowanie chciałybyśmy uniknąć. Halina przygotowana. My też już bardziej gotowe nie będziemy. A więc w drogę!

Chania wita nas pomarańczowym słońcem i ciasnymi uliczkami. Nasz hostel położony jest w samym centrum, dlatego trudno o miejsce do parkowania. Jednak po upływie dziesięciu minut, dzięki mistrzowsko wykonanej „kopercie” Pauliny, wypakowujemy bagaże i ruszamy w stronę wejścia do Erato.

Wieczór w dawnej stolicy Krety nie należy do najbardziej udanych. Mimo przepięknego, tętniącego życiem portu i uroczego pokoju, do hostelu wracamy zawiedzione. Moja alergia daje się we znaki tak bardzo, że całą drogę przemierzam z chusteczką higieniczną przyciśniętą do oka. Wybór tawerny też nie należał do najtrafniejszych… Jednak już następnego dnia nic nie zakłóca nam cieszenia się urokami Chanii. Spacer do latarni, granatowe morze – które wszystkie jednogłośnie porównujemy tego dnia do Bałtyku – i jego owoce, skonsumowane w (tym razem!) dobrze wybranej restauracji. W wyśmienitych nastrojach i z pełnymi brzuchami wracamy do Iraklionu. Naszego Iraklionu. Już oswojonego, znajomego i ukochanego – z całym swym rozgardiaszem, korkami i hałasem dużego miasta.

tekst: Marta Radzikowska
zdjęcia: Marta Radzikowska
Studentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim

kontakt:

  • e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Facebook: https://www.facebook.com/marta.radzikowska.5
  • nr tel.: +48 530 017 834

Kliknij w obrazek aby go powiększyć
Kliknij w obrazek aby go powiększyć
Kliknij w obrazek aby go powiększyć

 


Używamy cookies, aby poprawić działanie naszej strony internetowej podczas korzystania z niej. Cookies wykorzystywane do istotnego działania serwisu zostały już ustawione. Aby dowiedzieć się więcej na ten temat, zobacz naszą Politykę Prywatności.

Akceptuję cookies na tej stronie