środa, 22 listopada 2017
Jesteś tutaj: Start Artykuły W kraju fety i oliwek - Imeri Gramvousa i rajska Falasarna (4)
W kraju fety i oliwek - Imeri Gramvousa i rajska Falasarna (4) PDF Drukuj Email
poniedziałek, 14 października 2013 16:50

Na szczycie Imeri Gramvousa falują warstwy gorącego powietrza. Upał drażni nozdrza, promienie słońca padają strumieniem na skórę. Temperatura daje się we znaki, zwłaszcza na wysokości. Pokonujemy 137 metrów w dół.

Chłód wody, w której zanurzamy się po zejściu, jest ukojeniem dla ciała i duszy. Przy prawie 40 stopniach Celsjusza jest niczym powietrze. Niezastąpiony. Jest tym, czego najbardziej w tym momencie potrzebujemy. Jest jak nagroda, którą wyznaczasz sobie za osiągnięcie celu. Jest ulgą i szczęściem.

Łódka w powrotną stronę już czeka na brzegu. Mija godzina, kiedy dobijamy do portu w Kissamos. Kolejny cel podróży to camping Nopigia. Halina (vel GPS) zawodzi po raz pierwszy. Uparcie przystaje przy greckim alfabecie, co utrudnia wpisanie adresu. Wysiadam z auta w poszukiwaniu kogoś, kto wskaże nam drogę. To moja działka. A więc rozglądam się i pytam. Nie upływa pięć minut, gdy wyjeżdżamy na trasę. Skręcamy za znakiem. Kobieca logika to, czy niejasność przekazu… nie jesteśmy pewne, czy wybrałyśmy dobry skręt. Decydujemy się zatrzymać i upewnić, że zmierzamy do celu. W okolicy są dwie tawerny. Za drugim podejściem udaje mi się uzyskać informację. Z rozrysowaną na karteczce trasą i cukierkami w garści wracam do samochodu. Cukierki tak przy okazji. Od sympatycznego staruszka z tawerny. Przejeżdżamy obok miejsc zaznaczonych na mini mapce. Paulina co chwilę rozbraja nas pytaniem; „Ale w które prawo mam skręcić?” Tak a propos kobiecej logiki…

Recepcja na campingu świeci pustkami. Zastanawiamy się, czy nie trafiłyśmy na przerwę. Jednak po chwili zjawia się młody mężczyzna. Pokazujemy potwierdzenie rezerwacji. Jego nietęga mina i przedłużająca się cisza wprawiają nas w zakłopotanie. Pada enigmatyczne zdanie: „There is a problem…”

Młody Grek musiał poczuć na sobie nasz pytający wzrok. Wspomniany problem dotyczy naszego-nie naszego namiotem. Mamy konkurencję. Obsługa campingu pomyliła się, zatwierdzając rezerwacje. Jednak perspektywa nocy pod gwiazdami jest nam daleka. Dostajemy dwa zastępcze namioty i lody czekoladowe na pocieszenie. Do późnego wieczora relaksujemy się w basenie. Na dobranoc słuchamy dźwięku gitary docierającego z sąsiedniego namiotu. Tej nocy nie płacimy za nocleg.

Komfort podróżowania samochodem jest nieoceniony. Dzięki naszej poczciwej Pandzie, poranek na polu namiotowym upływa błogo i niespiesznie, w prawdziwie greckim tempie. Poprzedniego dnia byłam nieco przerażona liczbą reklamówek, toreb, torebeczek, opakowań, butelek i buteleczek, chaotycznie zajmujących tylne siedzenia naszego (gwoli sprostowania - na cztery dni) Fiata. Być może kobieca logika za kierownicą śmieszy większość kierowców tej brzydszej płci, ale sztukę pakowania mamy opanowaną do perfekcji! Tym razem w prawdziwie nie-greckim tempie ujarzmiamy nasz artystyczny nieład. Halina gotowa, mapa cierpliwie czeka na swoją kolej na tylnej półce. Żegnaj Kissamos, witaj Falasarno!

Jedenaście lat temu uznana za najlepszą plażę Grecji. Woda w tym miejscu jest chłodniejsza, gdyż Falasarna – bo to o niej mowa – rozciąga się wzdłuż otwartego morza. Ponadto, wyróżniają ją skały, wynurzające się ponad taflę wody. Plaża jest wystarczająco szeroka, aby każdy znalazł na niej miejsce dla siebie. My okupujemy skrawek otoczony wielkimi kamieniami. Pozornie kameralnie. Pozornie nieco w cieniu. Trzymamy się schematu – opalanie, pływanie, zdjęcia. W międzyczasie wdrapujemy się na skały. Ich szorstkość drażni stopy. Pod wpływem mieszanki morskiej piany i słonecznych promieni, grafitowy kolor kamieni na zmianę matowieje i nabiera blasku. Fale uderzają z taką siłą, że nietrudno o utratę równowagi. Rozcięta noga i siniak na pół uda, czyli jak prawidłowo poświęcać się dla wakacyjnych zdjęć. Tak powinnam zatytułować fotografię załączoną do tego tekstu. Wspinam się nieco wyżej, gdzie w walce z falami nie jestem na starcie na spalonej pozycji. Góry „wchodzą” do morza. Produkt natury typu 2 w 1. W sam raz dla zafrasowanych odwiecznym wakacyjnym dylematem: wielka woda czy wysokie szczyty. Widok uwieczniony w postaci nagrania. Czas postawić stopy na rozgrzanym piasku, chwycić za długopis i uwiecznić na papierze. Za kilka godzin kolejny przystanek. Ale przedtem jeszcze trochę się poopalam…

tekst: Marta Radzikowska
zdjęcia: Marta Radzikowska
Studentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim

kontakt:

  • e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Facebook: https://www.facebook.com/marta.radzikowska.5
  • nr tel.: +48 530 017 834

Kliknij w obrazek aby go powiększyć
Kliknij w obrazek aby go powiększyć
Kliknij w obrazek aby go powiększyć

 


Używamy cookies, aby poprawić działanie naszej strony internetowej podczas korzystania z niej. Cookies wykorzystywane do istotnego działania serwisu zostały już ustawione. Aby dowiedzieć się więcej na ten temat, zobacz naszą Politykę Prywatności.

Akceptuję cookies na tej stronie