środa, 22 listopada 2017
Jesteś tutaj: Start Artykuły W kraju fety i oliwek - karaluchy i korki, pierwsze starcie (2)
Reklama
W kraju fety i oliwek - karaluchy i korki, pierwsze starcie (2) PDF Drukuj Email
poniedziałek, 14 października 2013 10:46

Ze stolicy do stolicy. Tylko trochę mniejszej, pachnącej bardziej morzem niż spalinami i przypalonym tłuszczem z budki z fast food. Wymieniłam korki na Marszałkowskiej na korki na Dikaiosynis (ulica w centrum Heraklionu). Moja rodzina, przyjaciele i znajomi – sfrustrowani, spędzający lato za biurkiem w zimnym biurowcu – myślą pewnie, że wychodzę z mieszkania prosto na plażę.

W końcu spędzam lato na Krecie. To zdanie jest kluczowe. Nie mogę narzekać, bo jestem na Krecie. Nie mogę mieć gorszego dnia, bo jestem na Krecie. Nie mogę się nawet przeziębić, bo przecież jestem na Krecie! Wszelkie antypatyczne komentarze spotykają się z – co najmniej – oburzeniem, o krytyce mojego podejścia nie wspominając. Sęk w tym, że nie o podejście tu chodzi. Bo czy można nazwać złym nastawieniem nierówną walkę z karaluchami, śmigającymi po białej posadce kuchni? Tacy niechciani współlokatorzy to dla trzech (całkiem) młodych dziewczyn prawdziwa tragedia. Iście grecka. Uzbrojone w środki owadobójcze, ja i moje współlokatorki, postanowiłyśmy dzielnie stawić czoło – jak niewinnie nazywa je encyklopedia – karaczanom wschodnim. Mając do wyboru: spędzić (nieprzespaną) noc w ich towarzystwie lub czyhać z trucizną ukrytą w sprayu na odrażające paskudy, wybrałyśmy to drugie. Przez kolejnych kilka dni nie znalazłyśmy złotego środka, a wyżej wymieniona metoda wydawała się być jedyną skuteczną. Po wojowniczych starciach, jednomyślnie stwierdziłyśmy, że mimo wygranych walk, (zależnie od dnia, wynik wynosił: 2:0, 5:0, a nawet 7:0 !) wojna wciąż trwa. A wytyczone działa są skuteczne jedynie na chwilę. Zabijają przeciwnika w akcji, podczas gdy na drugim froncie już czają się jego niestrudzeni kompani. Na początku, te nieustanne pościgi za nimi nawet mnie śmieszyły. Starałam się podchodzić do sytuacji z dystansem i humorem. Jednak potem pojawiły się rezygnacja i poirytowanie. Nie myślcie sobie, że w Warszawie śpię na jedwabnych prześcieradłach i stąpam po kryształowej podłodze. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że niejeden heros - i nie mam tu na myśli tego z greckiej mitologii – prędzej czy później powiedziałby basta dzieleniu przysłowiowych czterech ścian z karaluchami.

Niepocieszone, jednak wciąż w bojowych nastrojach, zdecydowałyśmy się zgłosić sprawę właścicielowi mieszkania. Pewnej niedzieli, na pole walki wkroczyła, jak to ujął nasz gospodarz, „antisept company”! Po kilku godzinach, wyposażeni w butle ze spryskiwaczem panowie, zakończyli zmagania z naszymi wrogami. Ostatnia noc tamtego weekendu była zarazem pierwszą spokojnie przespaną. Bez obawy, że nad ranem będzie nas czekać niechciana niespodzianka w zlewie lub wannie. Przecież takich podarunków nie przyjęliby nawet na poświątecznej wyprzedaży nieudanych prezentów!

Od korków przeszłam do karaluchów, ale nie mogę pozostawić pierwszego „k” bez komentarza (och, jak wiele katastrof zaczyna się na „k”, prawdziwa czarna komedia!). W przewodniku dla turystów czytam, że Heraklion „na pierwszy rzut oka może rozczarować, ponieważ wygląda jak zwyczajna metropolia, lecz uważny wędrowiec szybko odkryje jego dyskretny urok”.1 Skupię się na pierwszej części zdania. Chociaż metropolia metropolii nierówna, korki dają się we znaki niezależenie od miasta. Bez względu na to, czy stoję na Marszałkowskiej, czy też cenne minuty kolejnego poranka uciekają nieubłagalnie na Dikaiosynis, stolica staje się w tym momencie po prostu zwyczajną metropolią. Jednak ta kreteńska zwyczajność ma swój niepowtarzalny urok. Drogi Czytelniku, w tym momencie zmieniam okulary z ciemnych na różowe! Tutaj nie da się spóźnić. I to jest właśnie ten dyskretny urok, o którym piszą w drugiej części przewodnikowego cytatu. Wspomniane w poprzednim tekście greckie powiedzenie „siga, siga” zyskuje na wartości. Grecy zawsze mają czas, nawet gdy stoją w korkach. Na przystankach nie ujrzymy rozkładu jazdy autobusów … bo po co? Jeśli odjedzie jeden, przyjedzie następny. Tu wszystko żyje swoim rytmem, z komunikacją miejską włącznie. Przez pierwsze dni mojego pobytu irytowało mnie to niezmiernie, jednak wystarczyło parę tygodni, aby złapać dystans. Uświadomiłam sobie, że pośpiech jest czymś obcym dla Greków, a jego brak, czyni mieszkańców wyspy znacznie zdrowszymi. To jest jedna z tych rzeczy, których Polacy mogliby się nauczyć od Hellenów. Nawet, jeśli na drodze roi się od czterokołowych pojazdów, których liczba jest tak naprawdę niczym w porównaniu do wszechobecnych skuterów (moje ulubione to te różowe, niczym z kolekcji Barbie), kierowcy nie plują na siebie jadem. Chętnie przepuszczają tych z drogi podporządkowanej, a jeśli za kierownicą siedzi kobieta, nie omieszkają przesłać buziaka lub zalotnie „puścić oczka”. Oczywiście temperament południowców nie zawsze pozwala im na konformizm. Sytuacja, która rozbawiła mnie niemalże do łez, miała miejsce tydzień temu podczas mojego powrotu z pracy. Kierowca osobowego auta (proszę mi wybaczyć moją motoryzacyjną ignorancję, nie pamiętam marki L) próbował wcisnąć się między autobus, którym jechałam, a samochody zaparkowane na ulicy (już przestałam łudzić się, że kiedyś zobaczę tutaj książkowy przykład parkowania). Niestety, przecenił swój spryt i refleks, tym samym blokując ruch i uniemożliwiając nam przejazd. Zza kierownicy autobusu wyszedł rozentuzjazmowany pan w średnim wieku, który – wnioskując po zamaszystych ruchach jego rąk i sile głosu – wyraził głębokie niezadowolenie z nieudolności jazdy staruszka z osobowego. Cytując klasyka, a ”gdy emocje już opadły, jak po wielkiej bitwie kurz”, otworzył drzwi autobusu, a następnie kolejnymi zamaszystymi ruchami rąk zasugerował kierowcy, aby wjechał nadwoziem w otwarte drzwi! Staruszek, uważnie wykonał kilka manewrów, po czym wszyscy z powodzeniem włączyli się do ruchu. Sytuacja prawdziwie cyrkowa, skończyła się happy-endem, niczym w hollywoodzkich produkcjach, dostarczając przy tym porządnej dawki śmiechu zarówno mi, jak i przechodniom. Nikt nie wyszedł z autobusu, nikt nie krzyczał, że spóźni się na umówione spotkanie. Czas zatrzymał się na chwilę i wszyscy z zainteresowaniem obserwowali rozgrywającą się obok komedię. I wtedy pierwszy raz pomyślałam, że ja, ze swoim niechlubnym spóźnialstwem, odnalazłabym się idealnie na Krecie! Ta wyspa – mimo, że jej nazwa zaczyna się na „k” – jest pełna kolorów! No dobrze, o komarach nie będę wspominać. Nie mogę narzekać, jestem przecież na Krecie.

tekst: Marta Radzikowska
zdjęcia: Marta Radzikowska
Studentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim

kontakt:

  • e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Facebook: https://www.facebook.com/marta.radzikowska.5
  • nr tel.: +48 530 017 834

Kliknij w obrazek aby go powiększyć
Kliknij w obrazek aby go powiększyć
Kliknij w obrazek aby go powiększyć

 


Używamy cookies, aby poprawić działanie naszej strony internetowej podczas korzystania z niej. Cookies wykorzystywane do istotnego działania serwisu zostały już ustawione. Aby dowiedzieć się więcej na ten temat, zobacz naszą Politykę Prywatności.

Akceptuję cookies na tej stronie