wtorek, 21 listopada 2017
Jesteś tutaj: Start Portret Polaka w Grecji Wywiad z księdzem Danielem Stankiewiczem
Reklama
Wywiad z księdzem Danielem Stankiewiczem PDF Drukuj Email
piątek, 11 października 2013 07:10

Ksiądz Daniel Stankiewicz przyjechał do Grecji w 2007 roku. Jako proboszcz parafii pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela w Heraklionie spotyka wiernych niemal z całego świata. Zrzeszeniu Mieszko opowiada o tęsknocie za Polską, greckiej życzliwości i problemach Kościoła katolickiego w prawosławnym kraju.

Ks. Daniel StankiewiczMarta Radzikowska: Jak ksiądz trafił do Grecji?
Ks. Daniel Stankiewicz: Niezbadane są wyroki Boskie. Mamy polskie powiedzenie – Człowiek planuje, Pan Bóg krzyżuje. Wierzę w to, że u Pana Boga przypadków nie ma i że Pan Bóg miał w tym swój cel. Zawsze chciałem gdzieś wyjechać, zobaczyć Kościół w innym kraju. Miałem kilka propozycji, mogłem jechać na Węgry, do Estonii … W końcu, kiedy dojrzałem bardziej w swoim powołaniu, stałem się bardziej odważny, zdecydowałem się jechać do Włoch. Pojechałem do swojego arcybiskupa w Polsce i przedstawiłem mu swój pomysł. Zgodził się, powiedział, że nie ma problemu. Po czym zapytał, czy jestem pewien, że chcę jechać akurat do Włoch. Miał w tym swój cel. Odpowiedziałem, że jestem otwarty na zmianę decyzji, jeżeli byłbym gdzieś bardziej potrzebny. Powiedziałam to bez większego zastanowienia. Za dwa tygodnie dostałem telefon od biskupa pomocniczego. Zapytał, czy jestem zainteresowany wyjazdem do Grecji. Miałem się zastanowić i oddzwonić do wieczora. To była godzina czwarta popołudniu. Nie zastanawiałam się wiele, powiedziałem wcześniej, że jestem otwarty. Zdania staram się nie zmieniać. Ważne jest dla mnie, że jeżeli daję słowo, to tego słowa dotrzymuję. Wieczorem oddzwoniłem i powiedziałem – Tak, jestem zainteresowany.

Pamięta ksiądz swoje pierwsze tygodnie tutaj? Może coś szczególnego utkwiło księdzu w pamięci?
Pierwsze tygodnie, a właściwie pierwsze miesiące spędziłem w Atenach, gdzie przez sześć miesięcy razem z drugim księdzem, też Polakiem, chodziliśmy do szkoły i uczyliśmy się języka greckiego. Pamiętam przyjazd. To był czwarty września 2007. Samolot Polskich Linii Lotniczych wylądował w Atenach o czwartej nad ranem. Czekał na nas kierowca arcybiskupa Aten, żeby nas zabrać z lotniska do klasztoru. Trzymał kartki z napisem Don Daniel i Don Marek. Przywiózł nas do klasztoru kapucynów, gdzie zostaliśmy przywitani przez ojca Gabriela. Zaprowadził nas do pokoju. Zasugerował, że nie wstaniemy następnego dnia na śniadanie, więc zaprasza na obiad o godzinie 13.00. Pierwsze słowa, których nauczyliśmy się po grecku brzmiały: Pame na fame – Idziemy jeść. Pierwsze lekcje greckiego były przy stole.

Czyli greckiego uczył się ksiądz od początku w Atenach?
Tak, właściwie podobnie jak i angielskiego. Znałem podstawowe rzeczy, ale nie w praktyce. W klasztorze, w którym mieszkaliśmy nikt nie mówił po angielsku. Potem przyjechał jeden kapucyn z Malty, który chodził z nami na lekcje greckiego. Z nim, na początku jeszcze z błędami, rozmawiałem po angielsku.

Dwa języki jednocześnie?
Trzech zakonników było Włochami, a więc przy stole rozmawialiśmy jeszcze po włosku. Starałem się skoncentrować na języku greckim. I chyba cele zostały w miarę szybko osiągnięte… Biskup na początku planował, że będziemy w Atenach cały rok. Ale po sześciu miesiącach stwierdził, że umiemy grecki wystarczająco, żeby się porozumieć.

Jak z perspektywy czasu ocenia ksiądz swoją decyzję o przeprowadzce na Kretę?
Są czasem chwile kryzysu. Były sytuacje, że chciałem wracać. To jest jakieś nieporozumienie, chyba wrócę do Polski - myślałem. To jest inna mentalność, inna kultura. Żeby jedna! W parafii jest mnóstwo narodowości. Grecka mentalność, kultura, zachowanie są całkiem inne od polskich. To powodowało, że były takie momenty, że się zastanawiałem nad powrotem. Pan Bóg dopuszcza takie sytuacje kryzysowe, żebyśmy nie wpadli w pychę.

Żeby nauczyć nas pokory?
Właśnie, żebyśmy nie myśleli „świetnie sobie radzę”. A następnego dnia Pan Bóg daje jakieś doświadczenie, osobę, sytuację, które mają nam przypomnieć, że to, co posiadamy, zawdzięczamy Bogu. Żebyśmy nie byli zbyt pewni siebie. Wtedy dziękuję Bogu, że daje mi takie znaki, że mnie podbudowuje i przypomina, że jestem tu potrzebny i są pewne rzeczy, dla których warto tu być.

Czyli więcej jest pozytywów niż negatywów tej przeprowadzki?
Tak, na pewno. Czwartego września minie 6 lat, od kiedy jestem w Grecji. To tak jak drugie seminarium. Myślę, że wiele się nauczyłem przez ten czas i zdobyłem duże doświadczenie.

Wspomniał ksiądz, że spotyka tutaj wiele narodowości. Ma ksiądz na myśli tylko turystów?
Komuś, kto tu nie mieszka, Kreta kojarzy się tylko z turystami. Mam nawet kolegę księdza, któremu opowiadam, że mam tutaj wiele narodowości, ale on nie może zrozumieć, że to są moi parafianie, że nie mówię o turystach. Goście przyjeżdżają na tydzień, dwa, nawet na miesiąc. Ale są to zawsze tylko moi goście, a nie parafianie. Wśród parafian są osoby z całego świata. Kiedyś policzyłem, że w parafii jest około dwudziestu narodowości. Ameryka Południowa, Północna, Afryka, Azja, Australia, Europa … Najwięcej parafian jest z Albanii. Ich jest najwięcej i z nimi jest najwięcej pracy.

Dlaczego?
Ci, którzy znają trochę historię wiedzą, że Albania miała ciężką sytuację po wojnie. Panowała dyktatura Hodży, który chciał stworzyć z Albanii pierwsze państwo ateistyczne. Zamykał kościoły. 40% księży zostało zamordowanych, pozostałe 60% duchowieństwa było w więzieniach. Ludzie nie mieli szansy przyjąć sakramentów świętych ani pójść do kościoła na Mszę Świętą. Tak było przez 23 lata.

Albańczycy są stęsknieni za chrześcijaństwem?
Nie można tak uogólniać. Są rodziny, które widzę co niedzielę w kościele. Słuchają, uczą się tego, czego do tej pory nie wiedzieli, przyprowadzają dzieci na katechezę, przystępują do sakramentów. Są tacy, którzy przychodzą raz na jakiś czas, traktują wyjście do kościoła jako coś nadzwyczajnego. To, co dla nas jest naturalne, oni muszą planować. Jak taki Albańczyk przyjdzie do kościoła z całą rodziną to jest to wielkie święto. Są tacy, którzy przypomną sobie o Kościele i księdzu, jak potrzebują sakramentu. Czasem próbuję ich usprawiedliwiać. Panie Boże, może on tego nie rozumie, bo nie był w tej wierzy wychowany – mówię w modlitwie. Nie miał takiego szczęścia, jak my. Mimo, że w Polsce był komunizm, kościoły były otwarte. Byli księża i katecheza. Mieliśmy możliwość obcować z Kościołem na co dzień. Oni mieli problem wielki, dlatego nie są tego nauczeni.

Wracając do pobytu księdza na Krecie. Czy jest coś, za czym ksiądz tęskni?
Tęsknię za polską pobożnością. Majówki, starsze Panie śpiewające pieśni do Matki Bożej, dzieci siedzące przy kapliczkach … Potem roraty w adwencie. W tych parafiach, w których pracowałem, była taka tradycja, że dzieci przychodziły z lampionami do kościoła. Są takie rzeczy, za którymi się tęskni. Na przykład klimat świąt Bożego Narodzenia. Chociaż Wielkanoc jest bogatsza liturgicznie, ale tak po ludzku Boże Narodzenie ma ten swój klimat. Kolędy śpiewane w rodzinach, śnieg.
Kiedyś brakowało mi rzeczy bardziej przyziemnych, na przykład polskiej kiełbasy. Teraz już mniej.

A tutaj jest dostęp do polskich produktów?
W Iraklio mniej, w Atenach jest dostęp. W maju gościłem polskie zakonnice z Aten. Przywiozły mi paczkę polskich produktów: kiełbasy, grzyby marynowane … Rzeczy z polskiego sklepu w Atenach, takich sklepów jest tam wiele. Tutaj jest jeden sklep, w którym są polskie towary. Ale z roku na rok coraz mniej tęsknię za polskim jedzeniem. Czasem wolę zjeść owoce morza niż kiełbasę. Szczególnie w lecie.

Wspomniał ksiądz o różnicach w obrzędach kościelnych między Kościołem w Polsce a w Grecji. Czy dostrzega ksiądz różnice w problemach chrześcijaństwa?
Pewne generalne mechanizmy i problemy duchowe są te same. Grzech jest zawsze grzechem. Ten sam grzech występował i występuje wszędzie. To jest to, czym ksiądz się zajmuje. Pomaga w walce z grzechem. Są pewne uwarunkowania, które powodują grzech i to one są różne. Ksiądz musi inaczej patrzeć na pewne rzeczy. Nie dlatego, żeby usprawiedliwiać pewne rzeczy, bo grzech pozostanie grzechem. Ale też nie po to, żeby potępiać człowieka. Są pewne rzeczy, które mnie bolą. Jeden z parafian mówi mi, że on nie może przychodzić w niedzielę do kościoła, bo pracuje. I co ja mam mu odpowiedzieć, jeżeli on ma na utrzymaniu rodzinę? Żeby nie szedł do pracy? Dzisiaj o pracę jest ciężko, zwłaszcza w Grecji. Ja mu mogę jedynie powiedzieć, żeby spróbował porozmawiać z pracodawcą. Boli mnie to, że wielu pracodawców traktuje pracowników jak niewolników. Każą im pracować siedem dni w tygodniu. Pan Bóg dał ludziom siódmy dzień na odpoczynek. Abstrahując od Kościoła, niewierzący nie pójdzie na Mszę Świętą, ale pójdzie odpocząć. Musi być z rodziną, ze swoimi bliskimi. Tutaj wielu pracodawców tego nie rozumie, myślą, że człowieka można wycisnąć jak gąbkę.

Czy są jakieś rzeczy, które podobają się księdzu bardziej w Grecji niż w Polsce?
Kiedy jadę do Polski to zauważam, że w Grecji jest większa bezpośredniość i życzliwość ludzi. Grecy są bardziej pomocni w różnych sytuacjach. Na przykład zepsuje mi się samochód na drodze - tutaj więcej ludzi jest skłonnych zatrzymać się i mi pomóc. Ludzie są sobie bliżsi. Podobnie jest z Włochami.

Śródziemnomorski, ciepły klimat odzwierciedla relacje międzyludzkie?
Myślę, że tak. Grecy są bardziej wylewni w uczuciach. W niedzielę po Mszy ludzie podchodzą, chcą się przytulić, łapią za rękę. Są bardzo otwarci.

Utrzymuje ksiądz kontakt z jakimiś Polakami mieszkającymi w Grecji?
Tak, w parafii mamy Polaków. Liczba Polaków się zmniejszyła. Dużo osób wyjechało. Słyszałem, że na początku lat 90. było bardzo dużo Polaków. A tych, którzy chodzą do kościoła jest jeszcze mniej. Znam też Polaków na innych wyspach – na Santorini, na Siros.
Teraz Polonia grecka się zmniejszyła. Podam taki przykład, z mojej wioski, w latach 90. w Grecji pracowało ok. 80 osób. Dzisiaj są tylko dwie rodziny. Tutaj na Krecie poznałem sąsiada z mojej wioski. On wyjechał bardzo wcześnie z wioski, najpierw na Śląsk do pracy, a potem do Grecji. Znałem jego rodzinę. Dopiero, kiedy tu przyjechałem namierzyliśmy się przez Konsulat Polski. Któregoś dnia pojechałam do niego. Umówiliśmy się, że będzie czekał na mnie przy wjeździe do wioski, w której mieszka. Miałam obawy, czy go poznam, ale jak tylko wjechałam do wioski, nie miałem wątpliwości, że to jest on.

Chciałabym zapytać o plany na przyszłość. Najbliższe lata w Grecji czy może jednak w Polsce?
Nawet jakbym chciał wyjechać, to byłoby to trudne. Teoretycznie ja mogę wyjechać, niemal z dnia na dzień. Biskup nie zatrzyma mnie na siłę, bo jestem księdzem diecezji w Polsce. Jestem tutaj na pewnym rodzaju kontrakcie. Ale mam świadomość tego, że jakbym chciał dzisiaj wyjechać, będzie problem, co z tymi ludźmi. Czuję odpowiedzialność za tę parafię, za te osoby. Jestem ich proboszczem. Czasem przychodzi ktoś z problemem, z trudną sprawą. Jakby nie było księdza, kto by tego człowieka wyspowiadał? Nie jesteśmy księżmi dla siebie. Dzisiaj takich krajów, gdzie potrzeba księży jest całe mnóstwo. Trzyma mnie tutaj myśl, że jestem potrzebny. Czasem ktoś prosi o spowiedź i przeprasza, że zajmuje mi czas. Odpowiadam mu wtedy, żeby nie przepraszał, że po to tu jestem. To jest mój obowiązek, ja z radością go wypełnię.

Czuje się ksiądz tutaj spełniony?
Tak. Myślę, że każdy ksiądz może czuć się spełniony wszędzie tam, gdzie są ludzie. Gdzie ci ludzie chcą skorzystać z pomocy księdza, nie traktując tego tylko jak spotkania towarzyskiego. Tutaj używa się określenia ojciec. Czasem ten ojciec musi troszeczkę skarcić. W ostatnią niedzielę parafianka powiedziała mi, że kazanie było ciężkie i trudne. Ojciec w rodzinie też czasem musi użyć trochę mocniejszych słów do dziecka, czasem pochwalić. Zawsze na koniec Mszy dziękuję wszystkim, którzy przyszli do kościoła. Nie będę mówił: „dlaczego nie przychodzicie do kościoła?” do ludzi, którzy są w kościele. Zawsze też trzeba brać poprawkę na to, że tu jest inna mentalność, inne warunki. Jesteśmy w kraju prawosławnym. Biskup często mi powtarza: „Pamiętaj, że nie jesteś w Polsce.” Katolicy tutaj często przyjmują tradycje prawosławne, które mogą wydawać nam się dziwne. Czasem trzeba na to inaczej spojrzeć, wytłumaczyć im, jak powinno być i jak patrzy na to Kościół katolicki. Ale zawsze należy to robić z wyrozumiałością.

tekst: Marta Radzikowska
Studentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim

kontakt:
e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Facebook: https://www.facebook.com/marta.radzikowska.5
nr tel. +48 530017834

 


Używamy cookies, aby poprawić działanie naszej strony internetowej podczas korzystania z niej. Cookies wykorzystywane do istotnego działania serwisu zostały już ustawione. Aby dowiedzieć się więcej na ten temat, zobacz naszą Politykę Prywatności.

Akceptuję cookies na tej stronie